Stolarnia

 

Tak to czasem bywa, że miejsca już za mało, a człowiek chciałby mieć go więcej, bo gratów nie ma gdzie pomieścić. I tak to z naszej domowej, małej stolarenki wywiało nas do poważnej, dużej stolani.

I przyjechali. Nasi. Na których zawsze liczyć można. Wszyscy. Jak zawsze. Gwar się zrobił w momencie nie do opisania. Panowie kawę piją przed wielkimi przenosinami. Na szybko tort bezowy Ani kroimy, żeby kalorii dostali i sił mieli. Potem wychodzą. Mali chłopcy za nimi, bo przecież skarby z garażu taty są wynoszone to przecież asystować trzeba. Pogoda akurat błotna była, więc kalosze się przydały mocno. Chwilowy spokój, gdy tak wszyscy gdzieś na dworze, więc ogarniamy z dziewczynami kuchnię, do której każda wrzuciła swoje smakołyki. Lecę na chwilę na górę, a jak schodzę już Mama ma się krząta w tej kuchni i kawę sobie robi. Chłopcy wracają z dworu. Głodni, a jakże. Więc herbata, beza. Poszło. Bartek śpi. Julek buntuje się przed drzemką. Pozostała trójka zabunkrowała się w pokoju Misi korzystając z Jej nieobecności. Uciszamy ich wciąż, ale jak tu skutecznie uciszyć czterolatki… no się nie da.

Korzystam z wolnego od dzieci i szybko obiad nastawiam. Wszak już czas. Staramy się jakieś dane sobie przekazywać. Choć ogólny rozgardiasz dziecięcy co rusz wybija nas z rytmu. I te dylematy małe, czy ziemniaków już wystarczy na tele chłopa czy jeszcze z 10 kg obrać. Bo przecież te z piekarnika to lubią wszyscy. Rzucam okiem na zegarek, cholera trzynasta. Misia. Wraca z Prosinfoniki. Kurczę, trzeba dziecko odebrać. Szybki telefon do Maćka i ekipą “pod wezwaniem” już gnają, na szczęście zdążyli.

I te nasze wspólne posiłki kocham po prostu. Najpierw dzieci, bo już takie głodne, że padają jak kawki, a dla nas ryba jeszcze dochodzi na patelni. Więc jedzą to spaghetti. Ten je sam sos, ten nie je mięsa, ten sam makaron, ten wszystko (jest królem), ten nic nie je. I soczki, każde inny. Potem my, w tym ogólnym rozgardiaszu jednak pomieściliśmy się przy wciąż za małym stole. I Julek wreszcie się zdrzemnął, ale za to Bartek obiad wyczuł nosem. Na górze kłótnie, zabawa i znów kłótnie. Docierają się. Poznają. Uczą się siebie nawzajem. Dorastają. Ciekawi nas to, jak to będzie jak oni starsi będą, czy przyjaciółmi się staną tak jak rodzice ich, czy wręcz przeciwnie, każde swoją drogą pójdzie. Ano czas pokaże.

I ktoś hasło rzuca, że czas do domu wracać. Więc dzielimy te ciasta pyszne i sałatki, co zostały. Żeby każdemu coś z tego dzisiejszego dobrego dnia zostało.

Bo tak oni są dla nas, tak jak my dla nich.

I jak pojechali, to cisza nastała. I w garażu pustka. W parę godzin dobytek woodpassionowy wywieziony i nowe życie zaczyna. A raczej bardziej się to rozmachnie teraz, bo miejsca mieć więcej będzie. I te pytanie w głowie, czy dobrze robimy, czy nie ryzykujemy za bardzo. I potem ta odpowiedź leci, że kto nie ryzykuje ten nie ma i że dobrze będzie, bo jak ma być.

Więc z tym przekonaniem już zostajemy, bo inaczej to człowiek by się i na rowerze nie nauczył jeździć i pływać, i na łyżwach. Bo to przecież ryzyko.

A dzisiejszy post sponsorują nowości styczniowe 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *